Me Myśli

Garść moich recenzji:

SCREAMING LIFE/FOPP
Na powitanie dźwięki glebogryzarki lub lądownika statku kosmicznego Apollo. Gdyby ten ścigany miał jego trzewiki, zapewne umknąłby pogoni, zaś z szybkiego zamknięcia utworu "Hunted Down" możemy wywnioskować, że skrewił. I po raz kolejny Thayil stawia na pompatyczne otwarcie w "Entering". Znać tu protoplastykę pomysłów z Megi. Miód dynamika, fantastisz tempo. Def metal ukrywa się pod tytułem "Tears to Forget". Ciekawostka muzealna. "Nothing to Say" wypadałoby podług przepisu pozostawić bez komentarza. Ale to tak historyczny moment, że się nie da. Od tej chwili Soundgarden jest sławny. "Little Joe" to przede wszystkim tak fajnie grzęznące bębny. Ale i wspaniały motyw gitary zaraz na początku. No i Cornell urąga wojnie, co musi się podobać. Wyścig z przeplatanką basu i gitary - wygrywa Thayil. "Hands of God" przenosi nas na front religijny znaną cytatą z któregoś testamentu. Z tej rekolekcji zapada w pamięć jedynie szczękanie gitary.
Przechodząc do Fopp - to jedyna płyta taneczna w dorobku Soundgarden. "Kingdome of Come" to taki udramatyzowany blues, raczej ciężko się z nim polubić. "Swallow My Pride" i "Fopp" to utwory pożyczone i nienadzwyczajne (to "i" może zostać zastąpione znakiem implikacji dla najzaciętszych fanów).

"Rok Na Rynku Stali" 1999

MEGA
W ogrodzie ciągle straszy mnóstwo chwastów, ale można nareszcie ogarnąć wzrokiem jakąś wyłaniającą się składną całość. Jej natura jest raczej mroczno-ponura. Ale zdarzają się też i piękne, jaskrawo ustrojone kwiaty w rodzaju "Flower". Już pierwsze z brzegu jego płatki zapadają głęboko w pamięć i następnie trudno je stamtąd wytrząsnąć, więc przy każdym kolejnym zetknięciu się zeń wystarczy chwila, by przywołać z zakamarków pełny kształt kielicha. Jednak najbardziej niezwykły jest tekst tutaj wpasowany, zadziwiająco dojrzały jak na zespół rockowy tak młody. Rzadko później udawało się Soundgarden zmieszać razem tyle goryczy i nieśmiertelnego piękna. Prawdziwa asfodela. Nic dziwnego, że przyozdobiła ona zbiór największych szlagierów po rozkładzie zespołu ("A-Sides"). Później mamy do czynienia ze znaną już rąbanką, jaka panowała we wczesnym stadium rozwoju Soundgarden. ……. Broni się tylko deklamowaniem czasowników w refrenie - linia melodyczna jest zbyt chaotyczna. Szatańskim pomysłem było umieszczenie na płycie utworów (?) o numerach znamionowych 665 i 667. No ale zespół miał zacięcie awantgardowe. Prawdziwie diabelskim pomiotem jest zawarty po ich środku "Far Boyond the Wheel". Rozważano ponoć jego podkupienie do czołówki "Z Archiwum X". Chris wyje jak wilk w pełni a towarzysze robią bach, bach, bach - czad! Nawet po nastu latach porywa - młodzieży, słuchaj i ucz się! Kolejnym utworem godnym uwagi jest "Mood for Trouble", z gitarą akustyczną na otwarcie. Wspaniałe jest tu przejście od allegro do adagio i z powrotem. Ciekawe też, że gitara i bas zamieniają się rolami. Start "He Didn't" jest obiecujący, ale później gitara staje się trochę zbyt monotonna. Tekst zakrawa o plagiat Jana Brzechwy, ale wciąż pozostaje zabawny. W tym momencie wypadałoby spuścić zasłonę milczenia, gdyż poziom spada urwiście. "Circle of Power" z obcym wokalistą (? - lekko zbzikowanym zresztą) nie może się podobać. "Smokestack Lightning" to dzieło wielce monumentalne i wysokie, początkowo może więc nie przypaść do gustu niecierpliwemu słuchaczowi. Gdy jednak ten przywiąże się do Megi, będzie czerpał wiele radości z szarpnięć gitary Thayila, ekwilibrystycznych wokaliz Cornella i tym podobnych smaczków (np. nierozwiązywalnej zagadki: na czym zagrana końcówka). "Nazi Driver" przekonuje swoją brawurą, więc nie ma co zdarzać się tytułem. Oj ta nisko cięta gitara! Yamamoto wspólnie z Cameronem tworzą wreszcie odjeżdżający tandem. "Head Injury" raczej bladziutkie, taki tam metal połowy lat '80. "Incessant Mace" jest jeszcze bardziej skomplikowana od "Smokestack…". Najpiękniejsza chyba solówka Kima na albumie, mająca kilka odsłon, w fazie finałowej zamieniająca się w nieziemski dżemik. Po prostu takie ultramegowe You Can't Quit Me Baby. I, podobnie jak na dziele QOTSA, nie kończy, choć by mogła, całej płyty. Ostatnie dźwięki to bowiem heavy-metalowa wersja "One Minute of Silence" Beatlesów.

"Działkowiec" X-XII 2001

LOUDER THAN FUCK
Pierwsze minuty płyty, "Ugly Truth", to mur gitar. Odrzuca swoją nieprzebytą jednolitością. Jednak gdy podąży się za nim (nie ma tu kierunków, prawo, lewo) stopniowo poczyna się łamać, na koniec stając się bardziej ludzkim. Solówka Thayila z tysiącami gwoździ przebijających zmysły to test-brama dopuszczająca do wnętrzności. "Hands All Over": zaproszenie do utworu samo w sobie nie z tej ziemi. A potem "can't touch me!" i Cornell nadstawia swoja pierś w obronie Matki Ziemi. Piękna pieśń, w której wszystko gra, tak więc zielone ideały ujmują słuchacza do cna. "Gun" prowadzi w mroczne zaułki tajnych sprzysiężeń (choć oczywiście nikt nie wierzy, by Cornell przy okazji swojej rewolty skrzywdził choć muchę). Utwór ten oraz następujący po nim "Power Trip" są muzycznie dość przedpotopowe i współcześnie ich słuchający z pewnością wyobrażą sobie muzyków jako patriarchów z mlecznymi brodami. "Get on the Snake" oprócz początkowego wrzasku to zaś soundgardenowy klasyk i z powodzeniem mógłby pasować na każdej z pozostałych płyt. "Full on…" to oprócz refrenu przede wszystkim nie dający się do końca zrozumieć ciąg wykrzykników. Każdy jednak polubi te partie basu i dynamikę perkusji.
Ale oto wyłania się już przy pomocy tnącej ciało niby masło gitary "Loud Love". Głośniej, koniecznie głośniej! Tak, teraz wreszcie słychać ten nieubłagany bas w tle. Jeszcze podkręć. Nie, teraz to gitara! Kiedy milknie głos Chrisa, wypada zamknąć oczy i podążyć za instrumentami, zabierającymi słuch do jakiejś krainy z bajki. Na ostatek linia perkusji spada jakby w dół, w otchłań stożka piargowego.
"I Awake" polecam wszystkim metalowym zakochanym do dedykowania sobie w radio. "No Wrong No Right" trochę myli mocnymi bębnami na start, jednak ten utwór w ogóle jest niekonwencjonalny, z częstymi zmianami tempa.
Po dawce egzystencjalnych strachów "Uncovered" rozpoczyna się wręcz wesoło, ale to korzystne wrażenie po chwili mija, kiedy dowiadujemy się, że wokalista znów zrywa z kogoś płaszczyk kłamstwa. "Big Dumb Sex" to nareszcie długo oczekiwana hedonistyczna orgia wulgarnej rubaszności. Ale żeby przyszywać Cornellowi łatkę męskiego szowinisty to chyba przesada. Równie radośnie mógłby ten tekst brzmieć w ustach kobiety. I proszę tu biegu skojarzeń nie kierować w stronę kłaniającego się dra Freuda. Po chwili już po wszystkim - "Full On - epilog" w nastroju nieco melancholijnym zamyka tę skandalizującą płytę.

(-) - cenzura nigdzie nie puściła

TEMPLE
Atmosfera jest podniosła, melancholijna, ale nie przesadnie nostalgiczna. Nastrój tworzony jest przeciąganymi chórkami i rzewną gitarą McCready'ego. Jeżeli Chris dochodzi do głosowej wściekłości, to skierowana jest ona do wewnątrz. Po sprawnie rozegranym "Say Helo 2 Heaven" utwór drugi, "Reach Down", może możyć, szczególnie przy pierwszych przesłuchaniach. Rzężące jeden motyw gitary, Cameron nadzwyczaj szczodrze posługujący się talerzami, no i gadany sposób narracji Cornella - ta ballada miała być kluczem płyty, a jest, przynajmniej dla mnie, najchętniej pomijanym składnikiem. Nawet w długaśnym dżemie od środka do końca nie ma żadnej erupcji piękności. Natomiast z numerem trzecim pojawiający się "Hunger Strike" nieodzownie wyzwala dreszcze przy najwrażliwszych zakończeniach nerwowych. To sztandarowa pieśń seattlowskiej biedoty.
"Pushin' Forward Back" zaczyna się bardzo dynamicznie, gitara wkręca się w ucho jak świder. Refren fajnie zlewa się z hi-hatem kopanym przez Camerona. "Call Me A Dog" - tzw. wolny kawałek - pojawiania się we właściwym momencie, jako ochotnik do rozładunku ujemnego ładunku złości. Ale nie, nie jest to rozweselacz. Cornell objaśnia słuchaczom ciemne strony nawiązywania bliższych więzi z osobami o zmaterializowanym podejściu do rzeczywistości. "Times Of Trouble" zaczyna się muzycznie nadmiernie wesoło: wesołe pianinko, wesoła gitarka. Znowu maskarada. Cornell dotyka jakby własnym opuszkiem tej igły, przez której oko wlewa się na drugą stronę skóry śmiercionośną pożywkę, nektar tartarski. A czemu jednak wesoło? Bo zaraz rzecze: hej człowiecze, stój, zagryź wargi, pokonasz ten ból bez pomocy magii.
Drewniany wizerunek Jezusa budzi lęk tajemną mocą zawartą w prostocie dzieła ludzkich rąk - przede wszystkim jeżeli chodzi o warstwę rytmiczną. Kołatka, kołacze. Mandolina, dolina.
"Your Saviour" również obraca się w zaklętym kręgu tematów ostatecznych. Bas próbuje, ale nie udaje mu się wyrwać spod dominacji kłębiących się, pokrywających wszystko metaliczną pierzyną, dźwięków gitar. Finałowe 40 sek. (jakże szybko przemijające) - pogłosy Cornella ze szturmem werbli Camerona - to moment kulminacji wspaniałości tej płyty. "Four Walled World" to alegoryczne wezwanie do zrywania okowów na przykładzie burzenia więzienia czterech ścian. "All Night Thing" to rzecz jakby nie z tej bajki. Nie chodzi tu bynajmniej o dobranockę, ale odgłosy hamondzika i głaskanych bębnów, pianina i nieobecności gitary sprawiają, że samemu chce się iść do łóżka. Cornell swą muskularną dłonią odsuwa na bok, w kąt wszystkie te nieprzyjemne, niepożądane elementy życiowej rzeczywistości, pozostając sam na sam z miłością, czystością, urokliwością. Kobieta, ciepły wieczór, wykonująca ostatnie obroty płyta zachęcają wspólnie do podjęcia marszu. W mrok, do nieba - gdzie komu potrzeba.

"Modern & Treny" Feb. '99

BADMOTOR
Soundgarden w swym najpotężniejszym brzmieniu. W opinii wielu to również ich najlepsza płyta. Jednak ci, którzy szukają w muzyce odrobiny czarów-marów nie podzielą tego zdania. Bo są to wszak bardzo surowe dźwięki, na wyrozumiałość można liczyć jedynie w subtelnym utworze "Mind Riot". Zespół nie posunął się tu jeszcze do chwycenia za gitary akustyczne, ale przygotował grunt. Na basie przygrywa nam młody Shepherd, który zastąpił swego rodaka Yamamoto. Jest to gracz zdecydowanie bardziej uniwersalny, więc z miejsca czuć jakościową zmianę na lepsze. Panowie są już w dużej wytwórni, więc powstają teledyski do trzech z czterech otwierających płytę utworów. "Rusty Cage" doczekuje się nawet kawera w wykonaniu Johny'ego Casha. Po tym leśnym rajdzie, który jest w zasadzie popisem Thayila i Frankenbasa (ma się rozumieć Shepherda), następuje "Outshined", który kojarzy się z plastikowo brzmiącymi (made in GDR?) bębnami Camerona i łańcuchami. Tytuł "Niewolnicy i buldożery" najlepiej charakteryzuje utwór numer 3, który ma rozmach egipskich budowniczych piramid lub radzieckich spychaczy. "Jesus Christ Pose" ma jedno z najdynamiczniejszych intr jeżeli chodzi o dotychczasowe osiągnięcia rock'n'rolla. A Cornell tak przenicowuje słuchacza swoim głosem, że czuje się on jak ta kobieta przygważdżana do krzyża, o której jest mowa w tej piosence. Matt tu wreszcie bije mistrzowsko, Ben - świetna kombinacja, Kim jak maszyna. W "Somewhere" nad całością kompozycji czuwał Shepherd (choć niby żółtodziób) - nie jest to może utwór wielki, ale Ben daje się poznać od strony oryginalności - wymyśla numer z "głośnościową" rozpadliną pośrodku. "Searching…" powinien stać się wg mnie przybranym hymnem Samoobrony - ta pieśń jest żywym dowodem na to, że ciężka muzyka może też z podniesioną głową wkraczać we wrota wiejskich zagród. Moim skromnym zdaniem jest to również najlapiej smakujący na koncertach utwór zespołu - a to dzięki znakomitemu spulchnieniu podłoża gitarą basową w wykonaniu, po raz kolejny nadmieńmy, Shepherda. Najlepsza też na albumie orka perkusji. Autor, Cornell, wymyślił tu dla siebie diabelnie piękne wokale w końcówce. Nastrojowy "Mind Riot" - policjant ze świecami i te znakomite kołatki Camerona. "Holy Water" również przejmuje słuchacza do głębi - tym razem w żyłach czuje on kojącą moc wody święconej. Jeżeli jeszcze dotąd nie utonął, gwarantuje to "New Damage". W pewnym jego wycinku mamy czysty ekstrakt tego, co zwykło nazywać się grandżem. W żadnym utworze punkowej grupy Nirvana, chill-outowego Pearl Jam czy metalowej Alice in Chains nie napotkacie lepszego ujęcia klimatu epoki. To modelowa katastrofa końca XX wieku. Dwa punki - "Face Pollution" (utwór ekologiczny) i "Drawing Flies" (też o przyrodzie). W tym drugim oraz w "A Room a Thousand Years Wide" jedyny raz w płytowych kompozycjach Soundgarden pojawiają się dęciaki. Do tego drugiego (czyli trzeciego) słowa napisał Thayil i jest to jeden z najbardziej intrygujących tekstów zespołu. Do obu (2+3) muzykę komponował Camereon, ale nie poszło mu najlepiej.

"Jednymśladem" V 1995

HATER
Ta płyta stanowi namacalne świadectwo jak wiele wspaniałej muzyki nam umyka, czai się tam gdzieś, daleko, dokąd nie możemy sięgnąć. Muzyka autentyczna, powodowana potrzebą frajdy, a nie będąca owocem konieczności wywiązania się z zawartego kontraktu. Być może ona nieco trudna, bo z jednej strony muzycy swawolą sobie, z drugiej żaden wielki producent jej nie rafinuje. Hater to takie połamane gitarowe granie (granie połamanymi gitarami, drabina z powyłamywanymi szczeblami), którego próbka (by dać drogowskaz) znalazła się na "Superunknown" obleczona w tytuł "Half". Współtwórcami tej płyty (bo zespół poprzestał na jednej niestety) są panowie Shepherd i John McBain - obaj rozporządzający gitarami. Na wokal zaproszono Briana Wooda, bas wziął w swe ręce John Waterman, zaś perkusja przypadła oczywiście Cameronowi. Hater bowiem to takie przymiarki do Wellwater Conspiracy. Przytłoczony ciężarem Soundgarden projekt ten miał charakter efemeryczny, jednak panowie dali razem kilka koncertów, które musiały wywierać piorunujące wrażenie. Materiał nagrany w 1993 roku jest bowiem ognisty, bombowy wręcz. Dziesięć krótkich, ale treściwych utworów. Już same ich tytuły znamionują bezsensowność, za której parawanem skrywa się jednak nieszkodliwa wesołkowatość artystów. Ponuraków nic tu nie zatrzyma na dłużej. Ci, którzy zostaną aż do numeru czwartego, otrzymają zadośćuczynienie w postaci kulminacji wspaniałości kolejno: "Lion and Lamb" (trójkąt), "Roadside" (…) i wreszcie "Down Undershoe", który może uchodzić za posiadacza najlepiej rozpracowanej perkusji Camerona.

"W Andergrandzie" 11.09.2002

SUPER
Szczyt ogrodniczego kunsztu. Każde drzewko, każdy krzaczek, ba - każde źdźbło trawy na swoim, wytyczanym katorżniczo w studio Bad Animals, miejscu. Piękne, barwne kompozycje. I ścieżki przez nie prowadzące nie są jakieś na chama, na wprost, jak strzelił. Jednak nikt nie powinien zagubić się w ich labiryncie. Wystarczy wyzbyć się uprzedzeń i dać sobą kierować sercu, duszy - jak kto woli.
Płyta zaczyna się bezceremonialnie. "Let Me Drown" otwiera takie huknięcie, że oboje z panią ze sklepu aż podskoczyliśmy, kiedy miałem przyjemność pierwszy raz zetknąć się z superniewiadomą. Cornell tak przytłacza głosem, że z własnej woli wskakuje się do tego płytkiego basenu. Później następuje znakomity na koncerty i jazdę rowerem "My Wave". Stawiające człowieka na baczność gitary, raźny, lekki refren, a nawet krótkie solo basu. Nie razi nawet niepotrzebne przeciąganie partii finałowej. Nagle robi się ciemno wszędzie: następuje "Fell on Black Days". Wzruszająca, przejmująca wręcz pieśń. Najlepszy moment - kiedy Chris zawodzi a nam stają łzy w oczach. Do uszu słuchacza wkrada się po chwili "Mailman", rozzuchwalony potężnymi dźwiękami basu. Jeden z najmocniejszych punktów tej płyty, często pochopnie przeoczany.
"Superunknown", utwór tytułowy, najbardziej ponoć odpowiadający gustom samych autorów, moim nie. Zbyt przejrzysta gra od pierwszego do końcowego gwizdka, brak tu zwodów, zakamarków. Nawet tekst marniutki. Od klapy ratuje tylko perkusja Camerona. Za to z kolei mamy najpiękniejszy utwór Soundgarden ewer: "Head Down". Akustyczne gitary (pewne novum), kombinowane elektryką i to wszystko przeplatane wspaniałym bębnieniem Matta. Przed tekstem wypada tylko pochylić czoła. Kompozytorem tego majstersztyku jest Shepherd, genialny młodzian z Okinawy. Ale oto słońce przechodzi dziwną transformację - "Black Hole Sun" usuwa w cień całą resztę płyty. Choćby przez telewizor musiało ten utwór słyszeć z pół ludzkości. Fakt, takie intro zdarza się raz na kilka tysięcy lat. Jednak dla mnie symbolem tego albumu będzie zawsze "Spoonman". Tutaj panowie z Soundgarden wnieśli nową jakość do historii muzyki, by użyć górnolotnych słów. Kto słyszał kiedyś takie popisy na łyżkach? Do tego świetna kooperacja basu i perkusji. Płyty tej nie można jednak słuchać podczas jazdy samochodem, gdyż kończy się to opłakanie, jak w szczegółach referuje w utworze "Limo Wreck". Gitarowa solówka Thayila potęguje piorunujący efekt (choć krótka, a jednak). Numerem 10 na płycie oznaczony jest "The Day I Tried to Live", lecz dla wielu słuchaczy bardziej pasować może tu osamotniona jedynka. Wspaniałe basso basu poprzedzajace wejście Cornella i żyjące w tle aż po zmierzch, tu gitary osiągają samozapłon, perkusja też daje z siebie wszystko. No i Chris opisuje nam swój typowy dzień. "Kickstand" to energetyczny poczęstunek dla amatorów wbijania się w skórę i dosiadania chromowanych rumaków. "Fresh Tendrils" to jak spacer po łące usianej drobnym, maślanym kwieciem. Jedna z trzech zaledwie na tej płycie piosenek miłosnych. Utworem "4th of July" artyści z Soundgarden chcieli wystartować w konkursie na nowy hymn Stanów Zjednoczonych. Nie wiem, jakie były ostateczne rozstrzygnięcia, ale u mnie w domu ta płomienna pieśń rozbrzmiewa co roku w dniu święta narodowego tego państwa. W pewnym momencie urywa się jak krakowski hejnał mariacki i następuje "Half". Shepherd musiał posunąć się do małego sabotażu tuż przed tłoczeniem płyty, gdyż jego drugie dziecko odbiega mocno od myśli przewodniej albumu. Jak na rok pański 1994 - niezła awangarda. Cameron poznaje przy jego nagraniu przyszłą małżonkę - April Acevez (altówka). Co do "Like Suicide", to nie będę ucinał sobie żartu, że to poradnik dla samobójców, gdyż to nieco zbyt grube. Przygnębiające historie najlepiej jednak harmonizują z muzyką Soundgarden, tak więc wielu osobom utwór ten niechybnie wyda się najwyższym natenczas wzlotem zespołu. Matt robi tu chyba wszystko, co może perkusista. Płyta tak właśnie kończy się w USA, ponieważ "She Likes Surprises" to podarek dla Europejczyków. Używając terminologii sportowej, każdy inny zespół chciałby mieć takiego rezerwowego w wyjściowym składzie. I ten pociąg pod koniec trąbi - o basta!
Granica słuchalności Superunknown dąży do nieskończoności. Przez kilka miesięcy można ją w zasadzie dawkować codziennie po każdym posiłku, a stopniowo ograniczając się do raz na miesiąc powiedzmy, nie zaznamy nudy w jej towarzystwie przez lat 8 (and counting). Zdobyła ona jakieś tam wyróżnienia, sprzedała się bardzo milionowo, w podsumowaniach wszechczasów notuje któreś tam miejsca bliżej czoła niż ogona. Ale prawdziwą wartość osiąga ona dla każdej tu z nas jednostki w momencie, kiedy przekonają się do niej nasze osobiste zmysły. Wtedy staje się nieodłącznym towarzyszem, członkiem rodziny, czy czym sobie zachcemy. Może i nawet nauczycielem. Kto duchem słaby lub w swym mniemaniu doskonały - niech się strzeże. Ta płyta urabia. Ta płyta to diabeł.

"Magazyn Niesamowity" IX 1994

DOTU
Najdojrzalsza forma dźwiękogrodu. Lato minęło, odeszły z nim żywe, jaskrawe barwy, nastrój przestrzeni stał się stonowany, by nie powiedzieć melancholijny. Tak to wygląda przynajmniej z ujęcia retrospektywnego, po sześciu latach. Z tamtych czasów pamiętam przede wszystkim trudność tego materiału i przekonanie, iż zespół wykonał olbrzymi sus naprzód. A przecież teraz, na spokojnie, wydaje się, że płyta ma wiele wspólnego z genialną poprzedniczką, wytrawny wielbiciel zauważy pewne paralele pomiędzy kilkoma utworami (a może mi się tylko tak wydaje?). Żaden z utworów zamieszczonych na DOTU nie zdobył ogromnej popularności, utrudnia to więc nieco dokonanie wyboru najlepszego (metodą "na przekór" oczywiście). Moim typem jest "Burden…" za jego karkołomną dynamikę. Choć "Overfloater" nie pozostaje daleko w tyle. Ba, ciężko tu dłużej uskarżać się na którykolwiek utwór. Po rozgotowaniu nawet "Rhinosaur" jest jako tako strawny. Każdy z trzech lekko nużących czadów - "Never Named", "Never the Machine…", "No Attention" - ma w sobie coś, za co można go polubić: w przypadku skrajnych dwóch chodzi o łatwo wpadający w ucho refren, środkowy zaś przykuwa kolejnym frapującym po uszy tekstem Thayila. Choć głównym kompozytorem pozostał Cornell, to jednak aż do sześciu utworów muzykę napisał Shepherd. Choć tym razem nie wydał z siebie głosu, to można go oklaskiwać za parę perełek: "Zero Chance" i "Switch Opens" (fani Bena będą upierać się, że go jednak słychać - raz, dwa, sześć - i być może uznają ten drugi właśnie utwór za najpiękniejsze wydarzenie na płycie). Wyliczmy teraz najbardziej godne uwagi momenty DOTU: zryw "Pretty Noose", poruszające góry bębny na stracie "Dusty", wyścig mandolinowy w "Ty Cobb" (pean ku czci legendarnego bejsbolisty), marudzenie Cornella w refrenie "Blow Up…", podbijane perkusją Camerona, całokształt "Burden…" (wizualnie dłoń wynurzająca się z piachu), szmery gnicia w "Applebite", raz, dwa, sześć, ye, mniam, mniam, mniam w "Overfloater", refren "An Unkind", no i "Boot Camp", nieziemski "Boot Camp" w całości.
Szkoda, że ten film w tym miejscu się kończy.

"Młody psychoanalityk" VI 2002

(na tym koniec)

Ja i oni:

Muszę przyznać, że usłyszałem Soundgarden po raz pierwszy na początku 1994 roku. Myślę, że to był luty kiedy MTV Europe zaczęło pokazywać ciekawy teledysk. Dziwaczny gość grający na łyżkach, zdjęcia dziwnie wyglądających czterech facetów - to było naprawdę fajne: SZtuka przez duże 'sz'. No i nazwa zespołu była intrygująca - ogród, czyli ma się rozumieć wykwitają tam najpiękniejsze, najbardziej żywe i kolorowe. A co? Oczywiście dźwięki. Miałem wtedy 16 lat. Nie słuchałem specjalnie muzy, pojęcie o niej wyrabiałem sobie głównie podług nadmienionej stacji ti vi. Ale od bobasa lubiłem mocny bit. W kołysce mamuśka puszczała mi Adama Zwierza. Nie wiem dokładnie cóż to za postać, a Ty drogi gościu pewnie tym bardziej, ale z ustnych przekazów rodzicieli wiem, że to facet z bardzo mocnym głosem (naturę jego znać zresztą po nazwisku). Kiedy już opuściłem pierwsze pielesze i pieluchy, odkryłem swój ulubiony instrument muzyczny. Była nim perkusja. Jako dzieciak spędzałem całe godziny na waleniu w garnki i rondle, które udawały moją perkę. Nie wiem w jakim stylu, ale chyba grałem punka. Po 1989 roku nasz kraj stał się otwarty na zachodnią kulturę i muzykę. Około roku 1992 dotarła do nas też fala "grunge'u" i Nirvana stała się bardzo popularna wśród małolatów (a raczej -latek). Podobał mi się ten rodzaj muzyki, ale nie byłem jakimś wielkim fanem, czy coś. Kiedy usłyszałem Soundgarden nawet nie wiedziałem, że oni są z Seattle.

Piszę wszystkie te bzdety, bo jakoś, kurcze, nie każdy z nas staje się fanem Soundgarden. Jak to się dzieje?

Więc, jak wspomniałem, usłyszałem Spoonmana i bardzo mi się ten utwór spodobał. Dni przemijały i żyliśmy jakoś dalej, nie? Wtedy nadszedł kwiecień, jak sądzę. Znów MTV i coś, co doprawdy trudno objąć umysłem. Gitarowe intro równie magiczne jak pomarańczowe pagórki, które dawali na teledysku. A potem jakiś wysoki pan ze złotą gitarką zaczynający pieśń.
Taak, Black Hole Sun to swego rodzaju przełom. Nie słyszałem nigdy wcześniej lepszej piosenki. Wokal tak mocny i przejmujący, że aż chciało się krzyczeć. Zakręcone gitarowe solo Kima i przechodzenie Matta od łagodnego do potężnego bębnienia - to wszystko robiło wrażenie. Nie było więc niespodzianką, że utwór ten stał się hitem na całym świecie i w Polsce. Ale popularność nie oznacza, że ludzie rozumieją przekaz. Muzyka Soundgarden zawsze była odrobinę zbyt skomplikowana dla zwykłego śmiertelnika. Krytykom sen z powiek spędzały próby zakwalifikowania jej do jednego stylu muzycznego.

Nie będę może tłumaczył dokładnie, co ja z tego zrozumiałem, bo się nie da. W każdym razie chodzi chyba o to, że panowie pokazują, iż w życiu mamy takie cacy-cacy, mli-mli, które bo baczniejszym przyglądnięciu się, okazują się wcale nie fajne. Jednym słowem zło jest immanentną częścią ludzkiej cywilizacji, człowieczej natury, czy jak tam to sobie określimy. Czyli kolejni przedstawiciele nurtu pesymistycznego w sztuce.

No i sobie kupiłem tę płytę. Oj, a później słuchałem, słuchałem, słuchałem. Głośno i cicho. W kawałkach, w pełni. Częściej po kolei, a czasem sobie kolej zmieniałem. Pomyślałem sobie, że jej słuchanie resztę mojego życia zapełni...

Stałem się zagorzałym fanem zespołu, o którym nic nie wiedziałem zaledwie kilka miesięcy wcześniej - zdarza się.

No i muszę jeszcze powiedzieć moim ulubionym teledysku zrobionym do piosenki Soundgarden - jest to "The Day I Tried To Live". Płonące gitary to trochę nie ta bajka, ale koleś spacerujący po suficie, mistrzowskie zdjęcia zatoki Puget Sound - oto kwintesencja tej muzyki i tego, co ona wyprawia ze słuchaczem (ja może po suficie to nie, ale po ścianach to i łaziłem).

Pamiętnym momentem w mojej przygodzie z Soundgarden była ceremonia wręczenia Fryderyków '94. Nominację do nagrody w kategorii najlepszy album zagraniczny dostała płyta Superunknown (bo była drugą najlepiej sprzedającą się w Polsce w owym roku). Na szczęście "trofeum" to nie zostało Soundgarden przyznane, ale kiedy zapowiadono nominowane płyty na telebimie i z głośników popłynął utwór My Wave, taka postępowa i w ogóle artystka o imieniu Kora, rozdzielająca Frycka, skwitowała to taką oto sentencją: "A co to za kocia muzyka?!"

Nie lubię specjalnie heavy-metala, a Soundgarden byli zaliczani do tego nurtu (naprawdę!). Znaczy się wcześniej - że niby metalowcy, ale trzeba się było dostosować do mody, więc Cornell ścina włosy i zjeżdżają do popa. Więc myślę sobie: "ten popik sz Superunknown mi się podoba, więc może nie psuć sobie wrażenia?" Co do zapoznania się z Badmotorfingerem miałem przeto opory. Sam tytuł już groźny, a w środku pewnie ryki, krzyki, trupie czachy, skóry i motory. "Raz kozie śmierć" - mówię sobie i jednak próbuję. Żadnego smrodu siarki nie poczułem, a gdy skosztowałem ten owoc, okazał się rajsko-niebiański. Ci sami ludzie, ten sam przekaz, muzyka niemal identyczna. Badmotorfinger, ze względu może na swój bardzie surowy, stalowy charakter, tylko niewiele ustępuje płycie-następczyni. Czas więc głębiej pobrnąć w ostępy dźwiękowego ogrodu.

W tym czasie byłem już stracony. Nie widziałem świata poza Soundgarden. Uświadomiłem sobie, że Soundgarden to dla mnie coś więcej niż ulubiony zespół. To jedyny zespół, którego mogę słuchać (naówczas), który mnie nie nudzi, a jednocześnie w każdej chwili szczery. I to nie tylko w swoich pieśniach, ale nie pakujący się też w jakieś głupie historie, od których odstręczają mnie inni artyści. Skromność, nonkonformizm, konsekwencja, a przy tym ten ładunek życiowej mądrości w tekstach i muzyka z dziesiątkami poziomów, których odczytywaniem można się delektować miesiącami. Chris jako kompozytor mógłby obrobić jeszcze z kilka zespołów - tyle ma świeżych pomysłów. I choć sam twierdzi, że teksty w Soundgarden miały drugorzędne znaczenie, to dla mnie są one leksykonem prawd o świecie. Wódkę pijał z nim przecież Kim, z zawodu filozof, a z powołania naczelny gitarzysta Soundgarden. Można jego stylu nie doceniać (bo jest to wszak antystyl), lecz dla mnie jego podkłady i solówki biją na głowę dokonania wszystkich mistrzów techniki. Tworzy dla mnie świętą dwójcę z Joshem Homme. Matt to najlepszy bębniarz na świecie i proszę udowodnić, że tak nie jest. Ja w każdym razie nie znam nikogo, kto by mu choćby dorównywał w zawikłaniu sposobu grania i koordynacji dźwięków (no może Barett Martin się zbliża, ewentualnie Brent Bjork z Kyuss mógłby z nim stawać w szranki). A Ben, który jest najbardziej zwariowany z nich wszystkich, dodał odrobinę nieobliczalności do oblicza Soundgarden. Taką zasadę i ja wyznaję - nie można być wciąż poważnym i wyrachowanym, bo chyba by się z nudów umarło, no nie?

Nadszedł rok 1996. Wydoroślałem i coś podobnego stało się z Soundgarden. Kwiecień był miesiącem, kiedy wydano Down On The Upside i pamiętam, że przez trzy dni kręciłem się pod moim lokalnym sklepem muzycznym by ją zdobyć. A kiedy w końcu trafiła ona w moje ręce, byłem cały zmieszany. Soundgarden taki miękki - co się stało chłopaki? Ale to było tylko pierwsze wrażenie. Nie można wysłuchać Soundgarden tylko raz i mówić prawdę. Z ich muzyką trzeba się zmagać, przeżywać ją jak świętą księgę i być takoż cierpliwym - zrozumienie przychodzi. Ostatni, jak się okazało, album jest cudowny, tak bym to określił.

We wrześniu Soundgarden przybył do Europy a ja pojechałem do Pragi by ich zobaczyć. Aby prześledzić moją odyseję i zapoznać się z podsumowaniem koncertu skieruj się tutaj.

Tamte dni były piękne i durny myślałem, nic lepszego mnie już nie spotka. Ale jeszcze było parę płyt Soundgarden, których nie słyszałem, więc przygód z ich twórczością miałem jeszcze co nie miara. Najpierw Louder Than Love. O rety! Łeb z szyi utrąca. Nie wiem jak grają na basie Japończycy, ale dla mnie Hiro Yamamoto robił z tym instrumentem właśnie to, co robią Japończycy. Daleko mu do Bena jeżeli chodzi o figle-migle, ale wybić rytm to on potrafił niezgorzej (chociaż Shepherd to też trochę Japończyk - urodził się przecież na Okinawie). Później Screaming Life z Foppem - tu przede wszystkim "Nothing To Say". Słuchając tego utworu, czuje się smak wielkiego wydarzenia - od tej to bowiem pieśni zaczęła się "kariera" (z braku lepszego określenia) Soundgarden. A ostatnio, dzięki uprzejmości koleżanki Ani (dzięki Aniu!) mogłem posłuchać Ultramegi OK, której w żadnym sklepie nie znajdziecie. A szkoda, bo takie perełki jak "Flower", "Beyond The Wheel", czy "Mood For Trouble" to jedne z lepszych kompozycji w całym dorobku zespołu.

Rok 1997 zaczął się plotkami, że chłopaki odwiedzą nasz kraj i zagrają na festiwalu w Jarocinie. Ale nic z tego nie wyszło, bo całą imprezę trzeba było odwołać - Jarocin miał się odrodzić dopiero kilka lat później. Soundgarden do Polski przybyć już nie zdążył.

10 kwietnia przypadkiem oglądałem polską telewizję. W "Teleexpresie" (!) pan redaktor zapodał hiobową wiadomość, iż Soundgarden zdecydowali się zakończyć wspólne granie i rozpocząć kariery solowe. Ciśnienie skoczyło mi natychmiast, a twarz zapłonęła purpurą. Żołądek powędrował mi do góry, drżenia rąk nie byłem w stanie opanować, a nogi były jak z ołowiu. Nie będę wspominał o tikaniu powiek i zimnych potach. Wieczorem rozmyślałem co to będzie ze mną, ze światem i w ogóle. Przyznaję - wesoło nie było. Ale w końcu zaszlem na genialny i mało odkrywczy w gruncie rzeczy wniosek, że przecież wszystko ma swój koniec, a jeśli chłopaki będą pracować oddzielnie to będę niedługo miał cztery nowe płyty zamiast jednej. W końcu 13 lat tworzenia razem muzy to szmat czasu. A każdy powinien robić to co daje mu radość i satysfakcję - na przykład dokładnie to samo, ale na własną rękę.
Być może spotkamy się jeszcze pewnego dnia.

'There must be something else
There must be something good
Far away'

powrót